2 min read

Gazeta Wyborcza - błąd po błedzie

Ostatni tydzień będzie się chyba jeszcze długo śnił kierownictwu Gazety Wyborczej. Wszystko zaczęło się od opublikowania artykułu “Gang w Komendzie Głównej Policji”  dwóch człowych dziennikarzy śledczych Gazety Wyboorczej.

Informacje dziennika, jakoby w Komendzie Głównej Policji działał gang handlujący kradzionym towarem natychmiast zdementował wiceminister MSWiA Andrzej Brachmański. W telwizyjnej konfrontacji zarzucił on Piotrowi Pacewiczowi zastępcy Redaktora Naczelnego Gazety Wyborczej,  kłamstwo i wprowadzanie w błąd opinii publicznej. Pacewicz co prawda podtrzymywał wersję przedstawioną w Gazecie, ale czynił to w mało przekonywujący sposób. Dla każdego kto zna Pacewicza z innych wypowiedzi było jasne, że nie jest do końca przekonany o prawdziwości zarzutów wobec Policji. Mimo to Pacewicz cały czas twierdził, że materiał oparty był na dwóch niezaleznych źródłach informacji.

W efekcie całEj afery premier odwołał Andrzeja Bachmańskiego. Tymczasem w dziś, Gazeta Wyborcza poinformowała na pierwszej stronie, że stała się ofiarą prowokacji. Z premedytacją w artykule ujawniono  personalia informatora Gazety Wyborczej, komendanta Policja w Łodzi - Janusza Tkaczyka oraz szefa Centralnego Biura Śledczego w Olsztynie - Jana Markowskiego. Z informacji Gazety wynikało, że obaj już wcześniej byli informatorami Gazety. Jednak w tej ostatniej sprawie Markiewicz celowo wprowadzał w błąd Tkaczyka, który z kolei donosił dziennikarzom Gazety Wyborczej.

Po przyznaniu się dziś do błędu, Gazeta Wyborcza uznała, że ze swojej strony sprawę za zakończoną, żądając jedynie szybkiego znalezienia w Policji winnych prowokacji. Tymczasem środowisko dziennikarskie - nieśmiało w mediach - ale zdecydowanie śmielej w Internecie i rozmowach osobistych, podnosi cały czas problem ujawnienia przez Gazetę Wyborczą informatorów. Według opinii dziennikarzy redaktorzy Gazety nie tylko złamali podstawowe zasady dochowania tajemnicy jakie obowiązują dziennikarzy, ale zaszkodzili całemu środowisku dziennikarskiemu. Po drugie ujawnienie scenariusza “prowokacji” pokazało, że wbrew temu co twierdził Piotr Pacewicz, Gazeta Wyborcza nie posiadała informacji od dwóch niezaleznych od siebie źródeł. Źródłą rzeczywiście były dwa (Tokarczyk i Markiewicz), tyle że jak najbardzie od siebie zależne (obydwoje się przyjaźnią i Markowski donosił Tokarczykowi, a ten dziennikarzom Gazety).