4 min read

Narodziła się Googlezilla

Branża internetowa – najpierw na świecie – a teraz w Polsce na własne życzenie wyhodowała sobie „potworka” i będzie musiała z nim żyć. Potworek o imieniu Google na razie dominuje na rynku wyszukiwarek, ale każdy kto interesuje się poważniej internetem wie, że na tym się nie skończy. Ostatnie badania Megapanelu PBI wskazują wyraźnie, że kwestią dni jest, kiedy w polskim internecie dojdzie do zmiany lidera. Dotychczasowy, czyli Onet.pl pewnie ostatni miesiąc może się chwalić tytułem najpopularniejszego miejsca w polskiej odnodze światowej sieci. Jak podała

Gazeta Wyborcza, powołując się na najnowsze badania Megapanelu PBI za grudzień ubiegłego roku, Onet.pl miał w Polsce nieco ponad 7,3 mln użytkowników, a drugi Google…7,12 mln. Biorąc pod uwagę popularność Google oraz jego aktywność w naszym kraju, jest jasne, że zapewne w najbliższym czasie szampana otwierać będzie Artur Waliszewski (szef Google w Polsce). Wydarzenie to będzie miało z kilku powodów znaczenie symbolu, bo po pierwsze nastąpi zmiana lidera oglądalności polskiego internetu. Po drugie liderem nie będzie polska, a przynajmniej mająca polskie korzenie, firma internetowa. Po trzecie objęcie przez Google pierwszeństwa to znak końca pionierskiego okresu polskiego Internetu i sygnał dla innych wielkich graczy, że na polski rynek warto wejść.

Od tworka do potworka

Zmiana lidera nie oznacza, że główne polskie portale będą dramatycznie tracić. Liczba użytkowników ma oczywiście znaczenie dla ogłoszeniodawców, ale Ci ostatni biorą pod uwagę również inne elementy. Sama wyszukiwarka jaką jest Google jest narzędziem i tylko narzędziem jak pędzel malarza pokojowego. Twórcy Google doskonale przerobili lekcję jakiej dostarczyła im obserwacja rynku wyszukiwarek. Kiedy w latach 90. ubiegłego wieku ówczesny lider tego rynku AltaVista tworzył portal i swoją strategię reklamową opierał na przychodach z banerów, Google – założony przez dwóch studentów, zrobił dokładnie coś odwrotnego – dostarczył proste, szybkie i skuteczne narzędzie do wyszukiwania. Żadnego zbędnego kontentu, żadnych banerów i nic dziwnego, że internauci pokochali go błyskawicznie. Jego szefowie doskonale wiedzą, że w konkurencji na banery nie mieli i nadal raczej nie mają szans. Stosują więc metodę małych kroczków, na które dały się nabrać portale, w tym polskie. Łaskawa zgoda Google, za którą nawiasem mówiąc portale musiały słono zapłacić, na umieszczenie wyszukiwarki na głównych stronach to doskonały trick, który pozwolił Google jeszcze bardziej zaistnieć w świadomości internautów. To mniej więcej tak jakby producent samochodów umieszczał na masce swoich produktów…logo firmy, która później okazała się konkurencją. Jednym słowem, branża internetowa wyhodowała na własnej piersi „potworka”, dawała mu najlepsze miejsce na stronie, karmiła, hołubiła i dodatkowo reklamowała.

Teraz potworek podrósł, obrósł w piórka, zaczął podgryzać i przejdzie do kontrataku.HUGOMORE42

Najgorsze dopiero przed nami

Niektórzy myślą, że Google już przeszedł do ataku, że otworzenie polskiego oddziału i udostępnienie polskim internautom produktów reklamowych Google to cel jaki sobie wyznaczyli menedżerowie amerykańskiej firmy. W rzeczywistości to dopiero forpoczta tego, co polski rynek czeka w najbliższym czasie, a co inni na świecie już odczuwają. Główne prace w Google to nie poprawa działania wyszukiwarki tylko lepsze wykorzystanie kontentu, który ta indeksuje oraz budowanie narzędzi dla internautów. Google posiada obecnie właściwie wszystkie elementy jakie mają, lub chciałyby mieć portale: informacje praktycznie z każdej dziedziny, blogi, komunikator, wyszukiwarkę zdjęć, edytor stron WWW, narzędzie do wprowadzania i wyszukiwania filmów wideo, tłumaczenia, obróbki zdjęć i indeksowania dokumentów na lokalnym komputerze – by wymienić tylko najważniejsze. Pokażcie mi polski portal, który by miał te wszystkie narzędzia! W internecie aż huczy od plotek, że w najbliższym czasie Google wprowadzi zgodne z filozofią Web 2.0: kalendarz oraz narzędzia biurowe. Zważywszy na to, że największym konkurentem Google jest Microsoft, to kto wie czy jego menedżerowie nie negocjują zakup firm tworzących internetowe edytory tekstów, arkusze kalkulacyjne oraz a dlaczego by nie – programy do pracy grupowej? W końcu spora część przychodów Microsoftu pochodzi właśnie ze sprzedaży narzędzi biurowych. Wracając jednak do portali. Jak wszystkie posiadane przez Google narzędzia zostaną zebrane w jedną całość tworząc coś na wzór internetowego desktopu, to wielu internautów może dojść do wniosku, że Google zaspokaja wszystkie ich potrzeby. Nie będą chcieli w takim stopniu jak dotychczas korzystać z serwisów informacyjnych (co pokazuje już popularność takich gwiazd Web 2.0 jak np. Serwis Digg), bo w Google znajdą wszystkie newsy. Po co mają instalować oprogramowanie, jak dostępne będą jego sieciowe wersje, z których będzie można skorzystać w dowolnym miejscu na świecie? Jednym słowem – obym był złym prorokiem – ale wydaje mi się, że powstaje nowy monopolista, gorszy od dotychczasowego, bo mający olbrzymi wpływ na całe nasze życie.

Paradoksalnie nasza branża internetowa jest na razie w sytuacji komfortowej. Google tak szybko nie stworzy polskiej wersji serwisu newsowego z tej prostej przyczyny, że w Polsce jest stosunkowo mało gazet, a jeszcze mniej takich, które oferowałyby zupełnie unikalne treści w takiej ilości, aby można było na ich podstawie stworzyć unikalną wartość. Nasz rodzimy rynek blogów jest mizerny i to zarówno w formie jak i treści, a statystyczny polski internauta nie dysponuje szerokopasmowym łączem. Dlatego polska branża ma jeszcze czas na przygotowanie się na „godne” przyjęcie Googlezilli. Czy uda poskromić potworka?