5 min read

Kupowanie a’la Google

checkout.gifGoogle wykonał kilka kolejnych kroków w walce o dominację w sieci. Wczoraj rano uruchomił system płatności Google Checkout (wcześniej zwany GBuy) oraz pozyskał kolejnego execa z…Microsoftu. Dla polskich (i nie tylko) portali prędzej czy później oznacza to kłopoty. Dla nas, konsumentów niestety też.

O Google Checkout – nawiasem mówiąc wolałbym nazwę GBuy – mówiono w sieci od dawna. Nie krył swoich planów również Google, którego pracownicy nieoficjalnie (też 🙂 ) przyznawali, że trwają intensywne prace nad systemem płatności.

Głównym przeciwnikiem w tej dziedzinie jest oczywiście Microsoft z szeroko krytykowanym, głównie za kwestie bezpieczeństwa Password oraz Ebay, właściciel niezwykle popularnego PayPal. Ten ostatni jest mi dość bliski, choćby z racji tego, że poznałem jego twórców na Comdeksie (o ile sobie dobrze przypominam na przełomie wieków), kiedy byli niewielkim startupem a ich stoisko miało kilka metrów. Zainteresowało mnie ich rozwiązanie, bo pozwalało rozliczać się przy pomocy niezwykle popularnego wówczas palmtopa firmy Palm. Gdy coraz więcej osób zaczęło używać PayPal, firma stworzyła rozwiązania działające na praktycznie każdej platformie (o Jezu co za słowo!!!) komunikacji: email, przeglądarka, palmtopy etc. W efekcie kupił ich Ebay i dziś PayPal, podobnie jak Skype jest częścią tej firmy.

Jeśli chodzi o możliwości, to Checkout do pięt nie dorasta PayPal i z tego względu nie stanowi dla niego zagrożenia. W skrócie, ale nie za dużym, to system umożliwiający korzystanie z jednego konta do kupowania oraz sprzedaży w internecie. Na wybranym przez internautę koncie znajdują się dane jego karty kredytowej, które automatycznie w sposób niewidoczny dla sklepu są wykorzystywane podczas transakcji.

Po co korzystać ze specjalnego konta, kiedy możemy po prostu sami wstukać swoje dane w formularzu sklepowym? Powód jest prozaiczny: wygoda i bezpieczeństwo. Użytkownik Checkout po prostu tylko naciska odpowiedni przycisk i transakcja jest automatycznie realizowana.

checkout-transkacja.gif

Drugą z zalet jest to, że sprzedawca nie poznaje numeru naszej karty, nie zna też historii zakupów. Zabezpiecza to klienta przed nieuczciwymi sprzedawcami/pracownikami (nieautoryzowane wykorzystanie karty) oraz zalewem spamu posprzedażowego.

Mając konto w Checkout można również sprzedawać. Do dyspozycji każdego – na razie pod warunkiem, że jest mieszkańcem USA – Google oddaje potężne i bezpieczne narzędzie do realizacji płatności.

Z pewnością prędzej czy później Checkout ostatecznie otworzy oczy polskim portalom. Dziś są trzy powody dla których warto rozważyć założenie sklepu na stronach portali. Są to ruch, ruch i jeszcze raz ruch, który generuje portal. W tych setkach tysięcy internautów zawsze znajdzie się tacy, którzy nie zauważą, ze w sklepach tych jest drogo, albo nie potrafią gdzie indziej poszukać. Oczywiście oprócz ruchu, portale w swoich quasi marketach sieciowych oddają do dyspozycji zarządzanie płatnościami. Najczęściej siermiężne i mało wygodne. Gdy pojawi się oferta Checkout w innych krajach niż Stany, „zdemoluje” te amatorskie systemy.

Checkout czy PayPal to również krok w stronę eliminacji pośredników w handlu. Klasyczny podział na producent-dystrybutor-sprzedawca powoli będzie ustępował miejsca sprzedaży bezpośredniej. Systemy płatności jak Checkout czy PayPal (MS Password moim skromnym zdaniem nie ma absolutnie szans) prędzej czy później będzie można zintegrować np. przez API z systemami księgowymi producentów. Jedynym wówczas problemem może być dystrybucja, ale nad tym przecież cały czas pracują np. firmy kurierskie. Wyobrażam sobie, że za kilka lat nie będziemy musieli iść do sklepu aby kupić telewizor, bo zamówiony ze strony producenta telewizor bo prostu przywiezie nam do domu firma kurierska. Powinno być (czy będzie to się okaże) taniej, bo nie będzie pośredników w postaci dystrybutora czy sklepu, które podwyższają cenę o kilkadziesiąt procent.

Wprowadzenie kolejnego elementu do układanki zwanej przeze mnie świat według Googla jest trochę przerażające. Dlaczego? Otóż pamiętam, jak Microsot wprowadził swój system Password. Wielu analityków przestrzegało, że dzięki temu gigant (dziś już trochę na coraz bardziej słomianych nogach) będzie miał dostęp do olbrzymiej ilości informacji o każdym z nas. W przypadku Microsoftu podniosła się ogólnointernetowa wrzawa, a w przypadku Google? Cisza, przynajmniej na ten temat.

Tymczasem jeśli się złoży całą ofertę Googla, a przynajmniej kilka najważniejszych elementów, to okazuje się, że byli studenci będą mieli o każdym z nas wiedzę, której pozazdrościć by mogła każda korporacja a jeszcze bardziej służby poufne łamane przez tajne :-).

Jeśli ktoś używa wyszukiwarki Googla (hej, jest tam ktoś kto nie używa?) to mimowolnie podaje – szczególnie w dłuższym okresie czasu – całe spektrum wiedzy o sobie np. jakie są jego zainteresowania? Czym się na co dzień zajmuje? Jaki jest jego zawód? Czy lubi poświntuszyć czy też nie?

Poczta GMail daje Google informacje z kim, kiedy i co?. No dobrze, Google twierdzi, że nie interesuje go to „co”, ale już sama informacja z kim i kiedy jest potężną wiedzą. Korzystasz z News, Desktopu albo Browser Sync? Może jeszcze dla wygody przechowujesz te informacje na serwerach Google? Wspaniale! Mają Cię już prawie na widelcu. Wiedzą o WIĘKSZOŚCI Twojej aktywności! Oczywiście czytałeś disclaimery Googla, że oni nigdy etc. Tyle tylko, że ta wiedza ma dla nich inną o wiele większą wartość – bo handlową. Dlaczego serwisy Googla są bezpłatne i brak w nich spamu reklamowego? Otóż dlatego, że płacisz ujawniając swoje dane, które są później wykorzystywane do dostarczania Ci jak największej ilości i jak najbardziej dostosowanych do Twoich zainteresowań reklam.

Genialność pomysłu Googla polega na tym, że reklamy te z pozoru nie są nachalne a poza tym wiedzę o użytkowniku można w sposób prosty i bez ujawniania zebranych danych sprzedawać innym (Adsense)!

Checkout jest więc kolejnym milowym kroczkiem. Jeszcze tylko kilka następnych i pewnie realna stanie się wizja świata, który być może będzie mógł działać jak zabraknie prądu, ale już nie, gdy zabraknie Googla 🙂