4 min read

Jak dzieci czyli Gazeta vs. Dziennik 1:1

Konflikt pomiędzy Agorą i Axel Springer coraz bardziej się zaognia. Obecnie mamy etap ciosów poniżej pasa. Dalej już może być tylko…sąd. Jest to klasyczny spór pomiędzy „starym” a „nowym”. Ktoś z pewnością prędzej czy później musi przegrać.

W gruncie rzeczy dotychczasowa wymiana ciosów trzymała się pewnych reguł dopuszczanych w publicystyce. Jednak tekst w „Życiu Warszawy” o domniemanych negocjacjach Jacka Kuronia ze służbą bezpieczeństwa, wywołał głownie po lewej stronie, czyli w środowisku Gazety niesamowitą furię. Widać wyraźnie, że był to cios, który zabolał i to nie dlatego, że sugeruje konszachty Jacka Kuronia z esbekami, bo w to nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy.

Jeśli się dobrze wczytać w materiały to pewnością zauważymy, że nie były to przecież negocjacje z esbekami, ale rozmowa, sondowanie gruntu. Każdy kto był przesłuchiwany przez SB wie, że oprócz brutalnych pytań, nacisków, podczas takich przesłuchań były też zwykłe rozmowy i wymiana zdań.

Niebezpieczeństwo casusu Kuronia polega głównie na tym, że jest to jeden z pierwszych dowodów na to, o czym od dawna nieoficjalnie się mówi: że lewica solidarnościowa próbowała się dogadać z lewicą komunistyczną. Sprawa Kuronia to wierzchołek góry lodowej. Już w czasie sprawy Rywina wyszły sprawy nieprzyjemne dla lewicy, jak np. kontakty Adama Michnika z Jerzym Urbanem (słynne wspólne zakrapiane kolacyjki). Specjalnie mnie to nie zdziwiło, bo przecież zarówno Urban jak i Michnik to jedno pokolenie, które wspólnie po wojnie dorastało, miało do pewnego czasu bardzo podobne poglądy i na pewno nawet po rozstaniu się, łączyła ich myśl lewicowa. Że inaczej pojmowana, to już inna sprawa.

Zapewne w najbliższym czasie pojawi się więcej dokumentów dotyczących okresu lat 80. z których osłupiały lud dowie się np. że przełom 89 roku to nie był nagły, patriotyczny zryw, tylko zaplanowane przejście z niereformowalnego gospodarczo i politycznie systemu do czegoś bardziej normalnego. Zarówno jedna jak i druga strona zdawała sobie sprawę, że jest to ostatni moment na przeprowadzenie takiej zmiany choćby nawet ze względu na chwilową słabość Związku Radzieckiego, wsparcie jakie mogły otrzymać nowe władze ze strony liberalnych (czyt. lewicowych) elit zachodnich.

Ten przełom nie był wymuszony na władzach. Każdy kto pamięta końcówkę lat 80 wie doskonale, że opozycja – szczególnie w latach 87-89 słabła. Jej wpływy się kurczyły, a tzw. zwykli ludzie w większości przypadków mieli dość zarówno jednych jak i drugich.

Przecież Okrągły Stół spadł na większość z nas jak grom z jasnego nieba. Tak trochę ni z gruchy ni z pietruchy.

Oczywiście kwestią oceny historyków, ale raczej nie teraz tylko za sto lat będzie, czy takie przejęcie władzy było lepsze czy gorsze. Moim zdaniem – przy wszystkich wadach i kosztach – jednak lepsze. Oszczędzono nam zapewne nieuniknionej w przyszłości „bratniej” pomocy.

Obrona przez Agorę 16 lat, a tak naprawdę kilku lat przed 89 rokiem, to obrona własnego pokolenia i jego drogi. Niestety widać, że lewicy po prostu puszczają nerwy. Władysław Frasyniuk nigdy nie grzeszył dobrym wychowaniem (gdy brak mu argumentów przechodzi do rękoczynów), ale jego atak w TVN24 na naukowców IPN to było mówiąc wprost chamstwo. W tej samej poetyce prezentuje się Adam Michnik, który w komentarzu redakcyjnym wyzywa dziennikarzy Życia Warszawy od najgorszych. Rzuca na prawo i lewo epitetami w stylu „młodzieniaszkowie”.

Wtóruje mu dziś Sewek Blumsztajn, który może nie w tak obcesowy sposób, ale też pisze o „endeckich renegatach”.

Jak nie mam specjalnej atencji do Roberta Krasowskiego, tak jego odpowiedź jest naprawdę na poziomie. Do tego wszystkiego Dziennik informuje, że Gazeta zwolni 250 osób, przemilczając swoje „ruchy kadrowe”, a permanentną wymianę pracowników uzasadniając faktem, że gazeta jest młoda i musi ewoluować.

Niewątpliwie w meczu pomiędzy Gazetą a Dziennikiem ten ostatni strzelił w ostatnich dniach gola. Wynik więc 1:1. Jednak coś mi mówi, że za chwilę będą kolejne sytuacje podbramkowe. Dziennik wywlecze kilka innych spraw nieprzyjemnych dla lewicy. Pewnie jeszcze to zdąży, bo wyniki finansowe Dziennika czym są nieco zaniepokojeni pracownicy AS nie napawają optymizmem. Sprzedaż spada, a wpływów z reklam jak nie ma tak nie ma.

Jakoś cicho ostatnio o lokalnych oddziałach („mówi się”, że w niektórych miastach Dziennikowi nie udało się pozyskać bardzo dobrych dziennikarzy). Mamy wrzesień, a portalu, tfu nawet przyzwoitej strony jak nie ma tak nie ma.

No cóż, robi się i straszno i śmieszno. Strach myśleć, co będzie dalej.

Malutki update: warto przeczytać tekst Tomasza Terlikowskiego w dzisiejszym Życiu Warszawy.