4 min read

Lustracja dzieli dziennikarzy

No i mleczko się rozlewa. Po oświadczeniu dziennikarzy: Ewy Milewicz i Wojciecha Mazowieckiego, że nie zamierzają poddawać się lustracji, tzw. środowisko zaczyna dyskutować i powoli dzielić…na tych co złożą oświadczenie i tych, co nie. Pierwsi przez celebrytów dziennikarskich pewnie będą zaliczeni do „reżymowych” i uległych, drudzy do hardych i odważnych. Problem jak zwykle mają „doły”. Za Milewicz czy Żakowskiego (jeśli dołączy do protestu) ujmie się kilku lewicowych dziennikarzy zagranicznych, za symbolicznym Janem Nowakiem – dziennikarzem koziewólskich Wiadomości – nikt.

Sam problem lustracji jest poważny. Ginie gdzieś w tym po raz kolejny, kwestia anachronicznego prawa prasowego, które od dawna wymaga albo poprawek, a najlepiej ponownego napisania oraz służalczość, stadność polskich dziennikarzy.

Argumenty przeciwników dziennikarskiej lustracji są w gruncie rzeczy miałkie i można je sprowadzić do powiedzenia: „nie, bo nie”. Ich wyrazicielami są głownie ludzie związani z lewicą, a więc środowiskiem, które dość mocno „umoczone” ma potencjalnie najwięcej do stracenia. Podział na „prawicę” i „lewicę” tak naprawdę zaczął się w połowie lat 70. Wcześniej dziś już emeryci, ale wtedy młodzi ludzie byli reżymowi równo i do bólu. Szczytem protestu była właściwie jedynie ówczesna „Polityka” no i oczywiście nieco marginalny „Tygodnik Powszechny„. Ci którzy fikali np. w 68 dawno już w Polsce nie mieszkają. Pal sześć zresztą tych, któzy mają dziś po 60 – 70 lat. Tak naprawdę gra toczy się o dzisiejszych 50 – 60 latków, których okres aktywności lub nie dla tajnych służb mógł przypadać na lata 80. To wtedy współpracował z SB znany wszystkim Lesław Maleszka – Ketman, klasyczny przykład ludzkiej i dziennikarskiej kanalii i dowód, że jakaś forma lustracji jednak powinna być.

Milewicz zachowuje się jak rozkapryszona dziewczynka. Uznała, że ponieważ nie podoba jej się prawo, to może się do niego nie stosować. Doskonale podsumował to w „Der Dzienniku” jego naczelny Robert Krasowski przypominając, że dziennikarze nawołujący po zwycięstwie Kwaśniewskiego w wyborach 1993 roku do przestrzegania prawa i stosowania reguł demokracji, dziś mówią, ze prawa przestrzegać nie bedą. Chociaż nie jestem fanem ani Dziennika, ani Krasowskiego, to trudno (mnie) odmówić mu racji. Widać, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W przypadku Milewicz wydaje mi się, że przesiąkła swoista ideologią Gazety. Robić źle, to znaczy robić coś przeciw Gazecie i jej środowisku. W stosunku do takich osób Gazeta i związane z nią środowisko jest bezwzględne – patrz Rywin. Jeśli jednak nasi robić źle, to możemy wybaczyć i pokazać wspaniałomyślność – patrz Maleszka.

Milewicz w myśl tej zasady chce swoim protestem uchronić następnych Maleszków przed śmiercią publiczną. Szkoda, bo prędzej czy później – nawet gdyby operacja protest się udała – prawda i tak wyjdzie na jaw.

W gruncie rzeczy Milewicz, Wroński a nawet Czuchnowski mogą sobie protestować. Im nic się nie stanie, a nawet jeśli to staną w ich obronie postępowe czyli liberlane czyli po prostu lewicowe lub lewicujące media na świecie. Problem i tzw. zgryz mają tysiące nieznanych nikomu lokalnych dziennikarzy, którzy ryzykują często jedyne swoje miejsce pracy. Których tekstów, gdy zostaną zwolnieni nie będą drukowali przyjaciele w zaprzyjaźnionych tytułach. Którzy w końcu nie dostali akcji Agory i dzięki temu dadzą sobie radę finansowo.

W końcu nawet jeśli za kilkadziesiąt lat uczestnictwo w proteście uznane będzie za hańbę – o czym jestem święcie przekonany – celebryci podobnie jak – tu akurat z innej bajki premier Belka – znajdą usprawiedliwienie, że musieli, że nacisk środowiska, kariera etc. – i znów na „doły” dziennikarskie spadnie całe odium.

Spór o lustrację dziennikarzy pokazuje, że zawód ten upadł do poziomu dotychczas nieznanego. Nie dość, że stracił w oczach społeczeństwa – głównie przez odejście mediów od spraw ludzi, uwikłanie dziennikarskich celebrytów we władzę i politykę, to jeszcze okazuje się, że nikt tak naprawdę tego środowiska nie słucha.

Stowarzyszenia dziennikarskie w których średnia wieku wynosi pewnie z 70 lat wydają jakieś oświadczenia, których często nawet prasa branżowa nie drukuje. Podejrzewam, że politycy w ogóle nie wiedzą, że istnieją jakieś stowarzyszenia, tak ich działalność jest mizerna. Niestety nie udało się środowisku dziennikarskiemu rozwiązać po 89 roku kilk spraw fundamentalnych: nowego prawa prasowego, prawa autorskiego, uregulowań socjalnych dla dziennikarzy, minimalnych stawek, statusu wolnych strzelców etc.

Wydaje mi się, że celebryci polskiego dziennikarstwa jak np. Ewa Milewicz tu powinna wykorzystać swój autorytet, a nie w obronie kolejnych Ketmanów.