2 min read

Źle się dzieje w bulwarówkach

Wypadek z udziałem „jakiejś” megagwiazdy dziennikarstwa motoryzacyjnego Macieja Zientarskiego jest jeszcze jednym dowodem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Wczoraj na zakupach między marchewką a kurczakami natrafiłem na Super Express albo Fakt – niewielka pomyłka, bo obydwa dzienniki reprezentują poziom zbliżony i tej samej wysokości.

Wzruszyłem się lekturą tekstu o tym jak to obywatele oddają krew dla Zientarskiego. Czegoś mi jednak brakowało w tym tekście, coś zgrzytało. A już wiem: tytuł! Nie było takiego jak: „Półmózg za kierownicą”, albo „Dewiant” (tytuł pierwszy z brzegu w internetowym wydaniu SE).

Nieco to dziwne w przypadku gazety, która z byle czego potrafi zrobić kosmiczny tytuł i sensacyjny tekst. Nie, nie mam do nich pretensji, taki mają „dżob”. No ale tu wyraźnie okazało się, że po wszystkich można jechać jak po łysym koniu tylko nie po swoich kolegach, który jadąc miejską ulicą z olbrzymią prędkością wykazali się szczególną głupotą

Generalnie po wypadku sporo „cudów”. Na przykład PZU to ma szczęście: no tak się akurat stało, że kampania z udziałem Zientarskich miała być do końca lutego. No co za szczęście! Prawdopodobny pirat drogowy nie będzie namawiał ludzi do ubezpieczania i opowiadał o „emocjach”.

A tak swoją droga: udział dziennikarzy w reklamie to obrzydlistwo. Rozumiem gdyby reklamowali produkt nie związany z ich pracą np. pralki, ale reklama firmy ubezpieczeniowej o której usługach za chwilę być może będą się wypowiadać…

Eeech….

Fot. lukaszw na licencji CC Uznanie Autorstwa