3 min read

Adieu pani Lis. Tylko dlaczego taki powód?

Po wcześniejszym zawieszeniu w obowiązkach dziś TVP ostatecznie zwolniła dyscyplinarnie prezenterkę Hannę Lis z pracy. Mam z tym pewien problem, bo jako widz jestem zadowolony, że parafrazując Zbigniewa Ziobro „tej pani już nie będę oglądał”, ale jako dziennikarz mam wątpliwości co do powodu zwolnienia, a na pewno już sankcji jakie Lisową spotkały.

Oczywiście zdania na temat Hanny Lis są podzielone i podział ten tak myślę przebiega według poglądów politycznych. Zwolennicy lewicy i partii współpracujących z lewica czyli Platformy Obywatelskiej są oczywiście oburzeni.

Hanna Lis oraz jej mąż Tomasz Lis są tymi, którzy niewątpliwie dbali o  nazwijmy to „korzystny klimat” wokół jednej z opcji politycznych. W przypadku Hanny Lis widać to było po tym czego nie powiedziała, a jej męża w tym jak i z kim rozmawiał. Na przykład  wywiad z Lechem Wałęsą na temat ksiązki Zyzaka powinien być materiałem szkoleniowym dla studentów dziennikarstwa na temat „jak dziennikarz nie powinien przeprowadzać wywiadu”.

Gdybym oboje przestał widywać na ekranie to pewnie częściej oglądałbym telewizję. Jednak powód zwolnienia Lisowej trochę śmierdzi. W komunikacie podano, że powodem wyrzucenia jej z pracy była „(…)samowolna zmiana tresci odczytanego komunikatu w głównym wydaniu Wiadomości(…)”. Komunikat ten zawierał informację o rankingu polityków przygotowanym przez Instytut Spraw Publicznych, którego szefową była/jest (o to chyba idzie w sumie spór) profesor Lena Kolarska-Bobińska. W rankingu tym fenomenalnie wyszli posłowie Platformy Obywatelskiej, a Hanna Lis nie zgodziła się odczytać wprowadzonego w ostatniej chwili dopisku, ze szefem tego instytutu jest wspomniana profesor Kolarska-Bobińska.

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że dodanie iż w rankingu posłów świetnie wypadają koledzy również kandydaci na europosła Kolarskiej-Bobińskiej co najmniej podważyło by wiarygodność tego raportu.

Hanna Lis tłumaczy się w portalu Gazeta.pl

– Tym „naruszeniem” było nieprzeczytanie przeze mnie nieprawdziwej informacji o tym, jakoby pani „prof. Lena Kolarska-Bobińska jest szefową Instytutu Spraw Publicznych”. Otóż wówczas już nią nie była.

Hm, przyjmijmy, ze nie była jak twierdzi Lis to jednak w czasie gdy powstawał ten raport (projekt w którym m.in. był ten raport prowadzony był w latach 2007-2008) szefem tej instytucji Kolarska-Bobińska była, a więc przynajmniej mogła mieć wpływ na ten raport. Zresztą jeśli zajrzymy na stronę Instytutu Spraw Publicznych to szefową nadal jest Kolraska -Bobińska!

Tak czy siak, Hanna Lis albo nieudolnie się broni, albo nie sprawdziła informacji o posadzie Kolarskiej-Bobińskiej.  Zresztą sam już fakt podania informacji o raporcie ewidentnie korzystnym dla jednej z partii politycznych, powstałym w instytucji gdzie zasiadają takie osoby jak Jerzy Baczyński, Danuta Hubner, Marcin Król, Helena Łuczywo czy o Boże oby to tylko zbieżność nazwisk „BRONISŁAW KOMOROWSKI” źle świadczy o obiektywizmie dziennikarza. Oczywiście źle świadczy gdy nie drązy, nie poda informacji np. o osobach, które mogły mieć wpływ na taki raport. Takie rzeczy wie, lub powinien wiedziec student dziennikarstwa!

Pozostają jednak dwie rzeczy co do których mam poważną wątpliwość: dopiski i to anonimowych osób oraz kwestia kary dla Hanny Lis.

Prezenterka twierdzi, że nie przeczytała tej informacji bo: ktoś anonimowy ją dopisał i to w ostatniej chwili a poza tym uważała ją za nieprawdziwą. Co do dopisków i do tego anonimowych, tuż przed emisją to ma absolutną rację – są niedopuszczalne.  Lis ma tu rację.

No i druga rzecz: wysokość kary moim zdaniem jest zbyt wysoka. Podanie informacji, nawet wybitnie tendencyjnej i wbrew dziennikarskim normom postepowania, nie jest jeszcze powodem do zawieszenia i dyscyplinarnego zwolnienia.

Widać gołym okiem, że ktoś na nią szukał haka i… znalazł. Osobiście sam fakt mnie cieszy, ale sposób nie.

 

Update: właśnie zauwazyłem na Twitterze, że Gazeta podała info o buncie w „Wiadomościach”. Co prawda słowo bunt to troche przesada, ale na stronach Gazety jest skan podpisów ok. 30 osób z redakcji. Protestują, tylko nie za bardzo widzę ich argumenty.