9 min read

Czy jest coś takiego jak dziennikarstwo internetowe?

Myślałem, że drążenie tematu jak w tytule oraz roztrząsanie czy bloger to dziennikarz dawno się już zakończyło. Sprawa dla każdego , kto chociaż trochę zna się na mediach jest prosta. Powtórzę więc na samym początku: nie ma czegoś takiego jak dziennikarstwo internetowe!

Teraz napiszę coś, co pewnie czytelników jeszcze bardziej zaskoczy: jest dziennikarstwo internetowe, ale w innym rozumieniu, niż podają to osoby, które o tym dyskutują.

Jeśli wydawało mi się, że już nie będzie dyskusji o dziennikarstwie internetowym jako kontrze wobec tradycyjnego to skąd nagle ten artykuł?

Na świecie od kilku miesięcy, a w Polsce od dobrych kilku tygodni nie milknie dyskusja na temat przyszłości prasy. W tym kontekście często pada pytanie o przyszłość dziennikarstwa. O ile w krajach gdzie dziennikarstwo jest na zdecydowanie wyższym w sensie profesjonalizmu poziomie np. w USA czy Wielkiej Brytanii, nikt nie ma wątpliwości, że problemy prasy są zagrożeniem dla demokracji, o tyle są miejsca gdzie pojawiają się głosy, że tradycyjne dziennikarstwo to skamielina, którą szybko wyprą nowe media internetowe i pracujący w nich tzw. „dziennikarze internetowi”.

Do ponownej refleksji i publicznego „uzewnętrznienia” mojego zdania, które mam od dobrych kilka lat skłonił mnie wpis na blogu Dominika Kaznowskiego pt. „Czy w Polsce istnieje dziennikarstwo internetowe”. Kaznowski zastanawia się nad kondycją jak to nazywa „dziennikarstwa internetowego” czy później „portalowego” nieco zdegustowany faktem, że w konkursie NBP dla dziennikarzy ekonomicznych nie ma kategorii internet.

Kaznowski przy okazji przepytuje na tę okoliczność (dziennikarstwa internetowego) dwie osoby: Michała Bonarowskiego, byłego redaktora naczelnego Onet.pl oraz Tomasza Bonka, redaktora naczelnego Money.pl.

Michał jest sceptyczny wobec tradycyjnego dziennikarstwa i stojących za nim mediów. W kilku miejscach, IMHO myli się jednak głęboko.

Już na samym początku padają kwestie, z którymi nie mogę się zgodzić. Michał pisze (wytłuszczenia są moje):

Dzienikarze to czwarta władza? Być może, skoro mawia się, że polityka – jak muchę – można „zabić” gazetą. Czy blogerzy to dziennikarze? Nie zawsze, ale jeśli pełnią funkcje dotychczas znane z mediów tradycyjnych (dostarczanie informacji, kontrola społeczna, komentowanie wydarzeń, itp.), to czemu urzędnicy a czasem i biznes odmawiają im tego prawa? Wbrew pozorom kierują się racjonalizmem. Media tradycyjne nadal utrzymują, że tylko one mają monopol na pośrednictwo w społecznym obiegu informacji. Tak pokazują rzeczywistość, by było to oczywiste jak dwa i dwa to cztery. I widz, czytelnik czy słuchacz zwykle wierzy w ten przekaz, bo nie każdy ma ochotę kwestionować zastany porządek. Koło się zamyka.

No fajnie. Zgadzam się, że blogerzy raz pełnią funkcję dziennikarzy, a raz nie. Niestety…w sensie prawnym prawie nigdy nie są dziennikarzami. Zgodnie z prawem prasowym aby być dziennikarzami musieliby bowiem działać z upoważnienia redakcji czyli zapewne na przykład zarejestrować tytuł i się w nim samozatrudnić :-). Polskie prawo prasowe nie przewiduje funkcji wolnego strzelca. Sytuację blogerów czy innych osób pełniących od czasu do czasu funkcje dziennikarzy można porównać do znachora: lecząc pełni funkcje lekarza, ale to nie oznacza, że jest lekarzem 🙂

Nie zgadzam się na użycie w kontekście dziennikarstwa słowa „dostarczają”. Dziennikarze nie są lokajami czy kelnerami, którzy mogą „dostarczać” w tym sensie, że sami nie wytwarzają i nie przygotowują tego co dostarczają. Dziennikarze zdobywają (w imieniu opinii publicznej) i przedstawiają informację. To dla mnie zasadnicza różnica.

Słowo „dostarczają” wydaje mi się adekwatne do działalności dziennikarskiej uprawianej w portalach czy serwisach internetowych. Pracownik redakcji bierze notkę prasową, informację PR, połączy, przemieli i „dostarczy” internaucie w postaci notki czy artykułu. To nie jest jednak dziennikarstwo, tak samo jak nie jest nim zapowiadanie programu w telewizji.

No i trzecia rzecz czyli fakt iż biznes czy urzędy odmawiają uznania portali i serwisów internetowych za media. Oczywiście z prawnego punktu widzenia mają rację z powodów podanych powyżej. Media internetowe jak się m.in zarejestrują jako tytuły prasowe to będą miały wszystkie prawa przynależne np. prasie. Problem tylko w tym, że będą ponosiły za publikację taką samą odpowiedzialność jak prasa. No i to już jest mniej fajne 🙂

W dalszej części, Michał stara się przekazać, że media internetowe mają gorzej a prasa łatwiej:

Prasa tradycyjna ma łatwiej, bo większość podmiotów do których zwraca się po informacje wie czego spodziewać się po danym tytule i pracujących dla niego dziennikarzach. Nieco trudniej zaakceptować fakt, że istnieją media internetowe, ale to się także szybko zmienia. Wystarczy zapytać o to w agencjach PR. Wiele z nich ma na swoich listach emailowych więcej mediów internetowych niż tradycyjnych.

IMHO nie ma żadnego znaczenia czy ktoś do kogo się zwraca dziennikarz wie czego się spodziewać czy nie. Albo ma udzielić informacji albo ich nie udziela bo np. uznaje, że nie ma do czynienia z przedstawicielem prasy. Czy jeśli do urzędnika zadzwoni dziennikarz tygodnika „Wieści Gnojnickie” to czy może on mu odmówić informacji bo pierwszy raz o nim słyszał? Oczywiście, że nie.
.

No i na końcu – wybacz Michał – ale komiczny nieco i jestem pewny, że niechcący napisany fragment, że fakt iż agencje PR mają na swojej liście sporo serwisów internetowych jest jakby nobilitacją tych ostatnich.

Nie ma to oczywiście większego znaczenia. Praca piarowca o czym, wszyscy doskonale wiemy polega m.in. na tym, by jak najwięcej informacji o kliencie jego produkcie etc. upchnąć w mediach (proszę mi tu nie wciskać kitu, że jest inaczej. W Polsce na pewno nie 🙂 ). PRowiec jak by mógł to umieści na liście mailingowej nawet domy spokojnej starości. Na szczęście nie może 🙂
. Z tego względu PR zawsze będzie się starał zdobyć jak najwięcej miejsc do publikacji, to jednak nie oznacza, że wszystkie one są wartościowe, że rosną w oczach opinii publicznej

Na koniec Michał wyciąga słuszne wnioski czy stawia takież tezy by po chwili pójść po bandzie.
Pada stwierdzenie, z którym na pewno żaden dziennikarz się nie zgodzi, że

„Poszczególne media (nowe i tradycyjne) rzadko są kreatorami oryginalnych wiadomości. Często relacjonują rzeczywistość z wykorzystaniem pracy konkurencji, czym nie różnią się od dawnych agregatorów treści.”

Jest to oczywiście nieprawda, przynajmniej w przypadku mediów informacyjnych. Pal sześć np. gazety ogólnopolskie, ale lokalny tygodnik bardzo często nie ma nawet konkurencji, więc chcąc nie chcąc musi czymś zapełnić swoje strony. PAPem się nie da. Twierdzenie, że dziennikarstwo jest rodzajem przetwórstwa jest szkodliwe i nie powinno mieć miejsca.

Naprawdę dziennikarstwo nie polega na przetwarzaniu tego co ktoś napisał w internecie, przysłał w depeszy albo informacji PR czy napisał u konkurencji. Uważam, że nie można takich sądów wygłaszać w internecie, bo dziś dla wielu młodych ludzi jedynym źródłem informacji jest Wikipedia i internet…

Na koniec Michał przytacza jedną rzecz z którą się absolutnie zgadzam:

Często jestem pytany: kiedy media internetowe będą traktowane na równi z mediami tradycyjnymi? Odpowiedź jest prosta: gdy jakość, efekt ich pracy i wpływ na rzeczywistość będą porównywalne z efektami mediów tradycyjnych.

To prawda. Czytelnik, internauta, słuchacz, jednym zdaniem odbiorca mediów będzie doceniał media – bez względu na sposób ich dotarcia – na podstawie prezentowanej jakości. Dlatego media działające w modelu „przetwórczym” nigdy nie będą traktowane na równi z mediami profesjonalnymi

Zdecydowanie bliższe mi są poglądy Tomasza Bonka. Twierdzi on i pod tym podpisuję się obiema rękami, że jest jedno dziennikarstwo i nie można je dzielić na np. tradycyjne czy internetowe. Dodam od siebie, że dziennikarstwo różni się warsztatem. Na przykład innych narzędzi używa dziennikarz prasowy innych radiowy czy telewizyjny. Rzemieślnicy również różnią się warsztatem np. kowale od krawców, co nie przeszkadza im w gruncie rzeczy w zachowaniu podobnej np. etyki.

Co do opinii Bonka, że dziennikarstwo obywatelskie to nie dziennikarstwo zdanie mam mieszane. Z pewnością Kontakt24 w TVN24 nie jest żadnym dziennikarstwem. To po prostu dostarczanie informacji mediom – trochę jak list do redakcji tyle, że z materiałem wideo lub fotografią. Jednak są przykłady działań osób nie będących zawodowymi dziennikarzami, które niczym nie różnią się od dziennikarstwa. Pamiętam w Wiadomościach24.pl kilka przypadków materiałów stricte interwencyjnych, których efektem był nie tylko odzew urzędników, ale również rozwiązanie problemu. Same materiały były przygotowane zgodnie z zasadami sztuki (reprezentacja obydwu stron etc.)

Kaznowski zastanawia się, czy nie jest potrzebna szersza akcja edukacyjna skierowana jak rozumiem do dziennikarzy nazywanych „portalowymi” czy internetowymi. Akcja ma im uświadomić, że robienie „omówek”, cytowanie fragmentów bez podawania źródła, pokazywanie fragmentów materiałów chronionych prawem autorskim z YouTube (robi tak nagminnie TVN, ale ostatnio również TVP co mnie dziwi), to było fajne na początku. Jak w biznesie: najpierw trzeba ukraść pierwszy milion, a potem stać się uczciwym jak łza 🙂

Moim zdaniem takie apele, akcje nie mają większego sensu. Dziennikarstwo w tym działalność dziennikarska w internecie przejdzie w najbliższych miesiącach i kilku latach swoisty katharsis.

Po pierwsze: jeśli upadnie prasa to upadnie cały biznes informacyjny. Amerykańskie badania (niestety gdzieś zapodziałem link) wskazują, że 90 proc. informacji (w telewizji, radio czy internecie) ma swoje pierwotne źródło w prasie. Mówiąc wprost są to zarówno krótkie notki na lokalnych stronach jakiejś gazetki z zapadłej dziury w Arkansas a także czołówki wielkich amerykańskich megadzienników jak New York Times etc.

po drugie: czołowe światowe czasopisma (a one generują najwięcej informacji) przejdą na przynajmniej częściową odpłatność za treści umieszczane w sieci. Problemem obecnie jest nie sam fakt wprowadzenia płatności, ale zbalansowanie modelu biznesowego. Reklama internetowa jest o wiele tańsza od tradycyjnej i w gruncie rzeczy o wiele mniej skuteczna… z punktu widzenia wydawcy. Chodzi oczywiście o to, że zamawiający dokładnie wie ile osób się nią zainteresowało (wszyscy wiemy, że mało :-)). W związku z tym oszczędności jakie przyniosłoby ograniczenie druku i zyski po wprowadzeniu płatności mogą być zbyt małe by pokryć straty związane z utratą ogłoszeń drukowanych.

po trzecie: wydawcy tak naprawdę nie mają wyjścia: albo wymyślą model umożliwiający im zastąpienie przychodów z reklamy papierowej, albo upadną. Dlatego nieuniknione jest wprowadzenie odpłatności za kontent. Z pewnością wydawcy będą tu postępowali w zgodzie z interesem grupy. Jeśli się wszyscy nie dogadają i wspólnie nie ochronią przed watahą internetowych wilków, to po prostu te wilki przejmą ich funkcje. Oczywiście taki scenariusz jest prawdopodobny, ale przynajmniej obecnie mało realny

po czwarte: za chwilę, co wydaje się dziś nieprawdopodobne, portale i serwisy internetowe będą miały bardzo poważne problemy. Skończy się darmocha i pasożytowanie na pracy innych. Media posiadające wartościowe treści zaczną się cenić i żądać konkretnych pieniędzy za swoje treści. Nie zadowolą się ochłapem w postaci loga ewentualnie z linkiem pod artykułem.

Portale i serwisy internetowe będą musiały zatrudnić profesjonalnych dziennikarzy, bo miSZCZowie „omówek” dobrzy w przetwórstwie do profesjonalnego dziennikarstwa się nie nadają. To wszystko będzie kosztować, więc pewnie oferta dostępnych w portalach materiałów będzie znacząco mniejsza. Być może skłoni to portale i serwisy do powrotu do korzeni, kiedy były zgodnie ze swoją nazwą „portalem” czy „wrotami” do internetu. Dziś pracownik redakcji portalu prędzej sobie rękę utnie niż da link do jakiejkolwiek strony zewnętrznej, a jutro? Być może będzie odwrotnie? 🙂

Gdy pracownicy redakcji w internecie, twórcy i zarządzający serwisami, blogami etc. zrozumieją, że dziennikarstwo to misja i przy okazji biznes, a nie tylko biznes i „dostarczanie”. Że dziennikarstwo internetowe to takie samo dziennikarstwo, tylko warsztat i narzędzia nieco inne, to wtedy może nie będzie trzeba się dziwić jak Kaznowski, że pracownicy NBP nie umieszczają w swojej nagrodzie kategorii internet.