4 min read

„Morderstwo” na Katarynie

Za sprawą publikacji w Dzienniku doszło do ujawnienia personaliów Kataryny – najsłynniejszej polskiej blogerki. Anonimowość, która była jej prawem i parasolem ochronnym, została złamana. W sieci wrze. Czy gazeta w pogoni za newsem zafundowała sobie wojnę z internautami za złamanie świętej zasady blogosfery?

Nikomu nieznana – dziś już wiemy – 38 latka od 2004 r. po mistrzowsku rozprawiała się z polskim establishmentem polityczno-dziennikarskim. Szybko znienawidzili ją niektórzy celebryci dziennikarstwa, jak i wielu polityków – głównie lewicowych. I dopóki ostrze jej publicystyki skierowane było na lewą stronę sceny politycznej, to jakoś jej to uchodziło. Aż do czasu, gdy dokonała słynnego już dziś wpisu „Czuma znowu daje czadu”. Było to 12 dni temu…

Kataryna kłuła w oczy nie tylko doskonałymi analizami, ale świetnym językiem, pozbawionym nienawiści, czy złośliwości – tak często widocznej w polskich mediach. Co było cenne w jej artykułach, to fakt, iż posługiwała się materiałami ogólnodostępnymi – najczęściej cytatami z internetu i z prasy. Gdy teraz wiemy, że Kataryna nie jest sztabem analityków, służbami specjalnymi, grupą znanych dziennikarzy – bo tego typu podejrzenia pojawiały się przy bezsilnych próbach jest zdemaskowania – tym bardziej doceniamy jej warsztat.

Pod parasolem anonimowości

Od początku pisała pod pseudonimem, co doprowadzało do szewskiej pasji jej oponentów. Pomimo, iż kilka lat temu udzieliła wywiadów Polskiemu Radiu i Dziennikowi, nadal nikt nie znał jej prawdziwego imienia i nazwiska.

Katalizatorem stał się wspomniany wpis o ministrze sprawiedliwości. Po tej publikacji Krzysztof Czuma zażądał ujawnienia danych Kataryny i zagroził jej sądem.

Od konfliktu z Czumą jr. (?) problem identyfikacji Kataryny nabrał tempa. Już na początku tygodnia w Warszawie huczało od plotek o personaliach blogerki. Być może w obawie, że pętla się zaciska i przy tak skomasowanych naciskach nie uchroni swojej anonimowość, blogerka zasugerowała, że się ujawni, gdyby została pozwana za wpis o ministrze.

Święte prawo Kataryny

Na kanwie tej sprawy rozgorzała dyskusja na temat granic wolności w polskich mediach. Minister Czuma jest zdecydowanym przeciwnikiem anonimowości blogerów. Dał temu wyraz kilka razy w sposób – w moim odczuciu – dość nieładny.

Nie wymagam od ministra sprawiedliwości, by znał polskie prawo, ale przecież ma do pomocy doradców i ekspertów. Młodsi z nich z pewnością na studiach słyszeli o ustawie Prawo autorskie. Gwoli ścisłości przytoczę te jednobrzmiące zapisy. W artykule 16 ustawy wyraźnie stwierdza się: „Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i nie podlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do: (pkt. 2.) – oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo”.

Kataryna po prostu miała i ma prawo do anonimowego publikowania swoich utworów. Nie ma tu znaczenia, czy robi to w internecie, czy na krakowskim Rynku Głównym. Jeśli minister Czuma, jego syn, czy ktokolwiek inny uważał, że Kataryna naruszyła jego prawa lub popełniła przestępstwo, miał prawo oskarżyć ją w sądzie. Jednak tylko sąd po ewentualnym wyroku skazującym mógłby ujawnić jej dane osobowe np. jako dodatkową karę.

Mamy cię

W tym kontekście należy rozpatrywać kuriozalny materiał Sylwii Czubkowskiej i Roberta Zielińskiego, opublikowany w Dzienniku, zresztą pod różnymi tytułami w papierze i w internecie. Zawarte w nim informacje w łatwy sposób pozwalają zdemaskować Katarynę.

Artykuł ten, co potwierdza ujawniona przez blogerkę korespondencja ze współautorką tekstu w Dzienniku, był elementem szantażu i nacisku. Czubkowska „poradziła” Katarynie, aby lepiej ujawniła się na łamach jej gazety, bo to „frustrujące wiedzieć i nie móc napisać”. Wyrafinowana jak placki ziemniaczane perswazja została posunięta do niemal perwersji: „Wiem, że Pani tożsamość zna Fakt”. Tak, ten Fakt. Z tego samego zresztą wydawnictwa. No ale – sugeruje dziennikarka – „wolimy by zgodziła się Pani na ten coming out na Pani warunkach włącznie z zatrudnieniem Pani jako naszej publicystki”.

Swoim artykułem dwójka dziennikarzy pospołu z ich dużo bardziej znanym kolegą Cezarym Michalskim wyrządziła trudną na razie do ocenienia szkodę wolności prasy w Polsce. Ta trójka sprawiła, że polska niezależna sfera krytyki władzy i mediów, prawdziwa piąta władza dostała wyraźny sygnał: nie pyskuj, nie podskakuj, bo skończysz jak Kataryna.

Michalski i reszta nie zarzuca Katarynie, że złamała prawo, że podała nieprawdziwą informację. Oni sprawili, że blogerka została napiętnowana, bo miała ostre sądy i wypowiadała je anonimowo. Biorąc do serca poglądy Michalskiego każdy z nas powinien nawet w tramwaju najpierw się przedstawić, a dopiero później wygłaszać jakikolwiek pogląd.

Za sprawą jednego polityka, jego syna i paru dziennikarzy doszło do naruszenia jednego z podstawowych praw konstytucyjnych obywateli: prawa wolności wypowiedzi. Sieć wam tego nie zapomni.

Tekst po raz pierwszy opublikowałem na stronach INTERIA.PL