4 min read

O języku nienawiści zdań kilka

Zmarł Leszek Kołakowski. Ten smutny z egzystencjalnego punktu widzenia fakt stał się powodem dla którego odezwał się w Gazecie Wyborczej Adam Michnik. Krótko, treściwie i w charakterystyczny dla siebie sposób – czyli językiem pełnym miłości do jednych i nienawiści do drugich. W przypadku jednak tych ostatnich Michnik wycelował i strzelił, ale „zabił” zupełnie kogoś innego.

Od pewnego czasu nosi mnie by napisać o języku nienawiści w mediach, no i Michnik kilkoma zdaniami dał temu asumpt. Zresztą w polskich mediach, szczególnie tych zaangażowanych politycznie i co ciekawe – głównie lewicowych – język nienawiści jest na porządku dziennym. Pracujący w nich dziennikarze chyba już nie potrafią pisać inaczej.

W sobotniej „Gazecie” zrozumiała (dla tego środowiska) żałoba i wspomniane słowo Adama Michnika z zespołem. W krótkim tym pożegnaniu czytamy: „Wypędzony z Uniwersytetu Warszawskiego i z Polski przez kampanię nienawiści rozpętaną przez rodzimą czarną sotnię w marcu 1968 roku” (wytłuszczenie moje). Większość osób – a na pewno młodzi – nie wie co to jest, czy raczej była owa „czarna sotnia”. Brzmi tak groźnie, że ciarki człowieka przechodzą i w gruncie rzeczy o to autorowi chodziło. Michnik oczywiście doskonale wie co to jest „czarna sotnia”. Określenie to w potocznym języku prawie zanikło, ale wśród osób wychowanych w rodzinach o tradycyji komunistycznej z pewnością jest pamiętane podobnie jak w np. rodzinach galicyjskich określenie „bawarka” (herbata z mlekiem).
. Takie rzeczy wysysamy z mlekiem matki.

Czarna sotnia to organizacja rosyjska z początku XX wieku, skrajnie antylewicowa i jak to się obecnie teraz nazywa antysemicka. Nawiasem mówiąc członkami tej organizacji byli wybitni ówcześni intelektualiści jak np. Dymitr Mendelejew twórca tablic Mendelejewa.

Określenie „rodzima czarna sotnia” sugerowałoby, że sprawcą emigracji Kołakowskiego był jakiś prawicowy i „antyliberlany” jak się często w lewicowej publicystyce określa wszystko co nie jest lewicowe, ruch. Tymczasem byli to, że się tak wyrażę koledzy i koleżanki z jednej (czerwonej) gliny ulepieni, którzy jednak po pewnym czasie – jak to w przypadku większości lewicowych ruchów – zaczęli mieć inne zdanie.

Owa eufemistycznie przeze mnie nazwana różnica zdań bardzo często kończyla się tragicznie. Na przykłąd „różnica zdań” pomiędzy Stalinem a Trockim dla tego ostatniego skończyła się bardzo tragicznie: zabił go (w Ameryce Południowej) pogrzebaczem do kominka jego długoletni służacy i jednocześnie agent NKWD (w tzw. międzyczasie zgineła prawie cała rodzina Trockiego). „Różnica zdań” w kwestii rządu nad światem doprowadziła do konfliktu pomiędzy dwoma największymi przywódcami lewicy w Europie czyli Stalinem i Hitlerem. Efekt tego sporu zna każde dziecko.

Jeśli więc taki tekst Michnika czyta jakiś bezrefleksyjny czytelnik Gazety Wyborczej, a odnosze wrażenie, że jest to obecnie większość czytelników tej gazety, to zapewne skojarzy, że wypędzenie z Polski Kołakowskiego to dzieło jakiś prawicowców i do tego antysemitów, którzy to ostatnie wyssali z mlekiem matki. Stąd już prosta droga, by na zasadzie zabawy w głuchy telefon, ktoś w końcu powiedział, że za tym stoją bracia Kaczyńscy. Wiadomo bowiem powszechnie, że w wielu polskich mediach, wszelkie straszne rzeczy jakie nawiedzają nasz biedny kraj są dziełem braci Kaczyńskich. Klęski piłkarzy również. 🙂

Żarty, żartami, ale określenie Michnika na partyjnych kolegów jego przyjaciół w tym Kołakowskiego (był aktywnym członkiem PZPR) per „czarna sotnia” jest nieco niefortunne.

Generalnie – chociaż ta akurat notka temu przeczy – jestem przeciwny wykorzystywaniu do doraźnych celów publicystycznych – wydarzeń z historii i przypisywanie współczesnych działań na podstawie zachowania osób np. 40 lat temu. Trzeba uważać, bo broń taka może być obosieczna.

Weźmy przykład takiego Piotra Farfała, którego Gazeta Wyborcza z widoczną satysfakcją nazywa byłym neonazistą. Farfał w wieku szczenięcym publikował w faszyzującej gazetce różne m.in. antysemickie głupoty. Z tego po kilkudziesięciu latach złośliwy redaktor GW wymyśla owo „były neonazista” a sąd uznaje, że ma do tego prawo.

Zgadzam się z taką decyzją sądu, chociaż wiem, że może ona być niekiedy kłopotliwa. Gazeta Wyborcza miała prawo tak napisać o Farfale (pytanie czy ma prawo to robić notorycznie), jednak broń to jest obosieczna, a środowisko, którego korzenie pochodzą z kręgów przedwojennych PPR i PPS ma trochę brudu za paznokietkami. Ciekawy jestem jakby zareagowała autor wspomnianego okreslenia, gdyby stosować do jego politycznych przyjaciół takąsamą metodę. Weźmy ikonę środowiska opozycji demokratycznej (to też określenie pełne neinawiści bo sygeruje, że była też opozycja antydemokratyczna) czyli Jacka Kuronia. Gdyby przed imieniem Jacka Kuronia pojawiało się były „stalinista”, albo „przeciwnik harcerstwa”. Mowa oczywiście o udziale Kuronia w tzw. Hufcach Walterowskich, polskiej organizacji młodzieżowej, której celem było odciągnięcie młodzieży od „reakcyjnego” harcerstwa i propagowanie radzieckiego pionierstwa według wzorów Makarenki.

Pewnie większość by się oburzyłą, chociaż to można powiedzieć parafrazując klasyka najprawdziwsza prawda. Dla mnie i pewnie większości normalnie myślących w tym kraju ludzi głupoty Kuronia z czasów młodości nie mają większego znaczenia. Nawet jeśli błądził i specjalnie nikomu krzywdy nie zrobił, to odkupił to nie tyle swoim udziałem w tzw. „opozycji demokratycznej” bo to akurat w moim mniemaniu kontynuacja „błedów młodości”, ale swoim wkładem i troską o biednych w latach urzedowania jako minister i tuż po nich.

Język przymiotników i dosadnych określeń prędzej czy później odbija się czkawką, autorzy tych określeń, dzis z radością rechoczący, później głęboko tego żałują jak Wisława Szymborska swojej poezji z uwielbieniem dla Stalina.